tytul: Kraków: Radni zdecydowali ws. zakazu palenia węglemtytul: Newsweek: Polska zaczadzona węglemtytul: Czy rolnicy mogą zyskać na ustawie o OZE?tytul: COP19 poniżej oczekiwań, ale jest szansa na porozumienietytul: Echa polskiej działalności na COPtytul: Nowy rodzaj statku ze stoczni Damen – WSV do wsparcia morskich farm wiatrowychtytul: GREENPEACE wspiął się na ministerstwo gospodarki w proteście przeciwko Szczytowi Węglowemutytul: Raport NGO: Banki inwestują w wydobycie węgla
min
wiadomości

Węglowy szczyt hipokryzji

Wielu politycznych doradców, a za nimi rząd i opozycja jak mantrę powtarzają, że Polska węglem stoi. Skończmy wreszcie z tym mitem raz na zawsze
opublkowano 24 listopada 2013r.

Większość Polaków chce rozwoju zielonej energii, tymczasem rząd forsuje budowę elektrowni i kopalni węglowych oraz rozpala wielki koksownik w trakcie szczytu klimatycznego Tomasz Ulanowski w artykule "Czy słońce i wiatr są mniej polskie niż węgiel?" ironicznie zauważa, że były już minister Korolec powinien był otworzyć szczyt klimatyczny rozpaleniem koksownika na środku Stadionu Narodowego, bo byłby to piękny symbol hipokryzji rządu.

Choć ironia autora "Gazety" trafia w sedno, trzeba dodać, że taki symboliczny wielki koksownik zapłonął na placu Trzech Krzyży w Warszawie w postaci szczytu węglowego, czyli konferencji zagranicznego lobby przemysłu węglowego zorganizowanej przez Ministerstwo Gospodarki, dokładnie na półmetku trwającego w Warszawie szczytu klimatycznego COP19.

Hipokryzja rządu polega na pokazywaniu twarzy przyjaznej ochronie klimatu przy jednoczesnym poklepywaniu po plecach sektora paliw kopalnych i blokowaniu unijnych starań na rzecz redukcji emisji CO2. A ponieważ oczy całego świata zwrócone są teraz na Polskę jako gospodarza COP, również media zagraniczne od "New York Timesa" po Al-Dżazirę przechodzą od niedowierzania i kpiny aż do lamentu nad obłudą polityki klimatyczno-energetycznej rządu. Jeśli jednak przyjrzeć się z bliska sytuacji sektora energii w Polsce, okaże się, że ta PR-owa porażka jest jego najmniejszym problemem.

Węgiel wcale nie taki polski

Wielu politycznych doradców, a za nimi rząd i opozycja jak mantrę powtarzają, że "Polska węglem stoi". Skończmy wreszcie z tym mitem raz na zawsze. Bo choć nadal ok. 90 proc. prądu wytwarza się w Polsce ze spalania węgla, to jest to w coraz większym stopniu węgiel nie polski, tylko np. rosyjski. Jak podkreśla w swoim najnowszym raporcie "Zmierzch węgla kamiennego w Polsce" były główny geolog kraju dr Michał Wilczyński, nasze zasoby tego surowca wyczerpują się, a jego wydobycie w Polsce spadło o ponad połowę - ze 152 mln ton w 1990 r. do 71,3 mln ton w 2012 - i nadal będzie spadać.

Węgiel kamienny w Polsce zaczyna być droższy od zagranicznego, a jego koszty wydobycia rosną, bo znajduje się on w coraz głębszych i trudniej dostępnych pokładach. To między innymi dlatego nasze kopalnie nie mogą sprzedać już wydobytego węgla (na hałdach zalega od kilku do kilkunastu ton) oraz stale rośnie jego import, który rok temu wynosił około 15 proc. krajowego wydobycia. Mało kto wie, że od 2010 r. Polska importuje więcej węgla, niż go eksportuje. Co więcej, jak zauważa dr Wilczyński, stale malejący trend krajowego wydobycia i rosnący trend importu węgla przetną się w ciągu najbliższych 15 lat, co oznacza, że większość węgla spalanego w Polsce będzie pochodziła z zagranicy.

Rząd chce jednak, żeby w tym czasie należąca do skarbu państwa Polska Grupa Energetyczna zbudowała dwa nowe bloki w elektrowni Opole o łącznej mocy ok. 1,8 GW. Choć spółka chciała wycofać się z inwestycji, bo uznała ją za nieopłacalną, premier Tusk arbitralnie nakazał jej realizację. Tego feralnego dnia giełdowe ceny akcji PGE spadły o ok. 8 proc. Kto zatem działa na szkodę państwa? I kto będzie dopłacał do tej nierentownej inwestycji węglowej?

Inwestowanie w węgiel to brak bezpieczeństwa energetycznego

Jednym z koronnych argumentów rządu na rzecz budowy nowych elektrowni na węgiel kamienny jest chęć zapewnienia Polsce bezpieczeństwa energetycznego. Doktryna ta jest oczywiście słuszna. Chodzi w niej o to, by podaż energii odpowiadała na zapotrzebowanie - nie może zabraknąć prądu w gniazdkach. Oznacza ona także stabilność systemu - pewność i bezpieczeństwo dostaw prądu oraz surowców i ich stabilność cenową. Żadnego z tych elementów nie zapewni jednak budowa nowych elektrowni węglowych (a już tym bardziej niebotycznie drogiej elektrowni atomowej).

Większość działających obecnie elektrowni to emeryci sektora energetycznego. Są one eksploatowane już ponad 40 lub 50 lat. Część z nich będzie już wkrótce wyłączana ze względu na swój wiek lub z powodu niespełniania limitów emisji zanieczyszczeń atmosferycznych. Powstanie zatem luka w sektorze energii, którą - żeby uniknąć przerw w dostawach prądu i zachować stabilność systemu - trzeba będzie w bardzo krótkim czasie zapełnić nowymi mocami wytwórczymi. Nie jest tajemnicą, że tylko zwiększenie efektywności energetycznej oraz rozwój źródeł odnawialnych na podstawie krajowych zasobów, m.in. wiatru i słońca, może na czas zapobiec powstaniu tej energetycznej luki.

Stoimy więc przed doskonałą szansą na głęboką modernizację polskiej energetyki poprzez rozwój zielonej energii. Zamiast tego rząd zaprasza do stołu koncerny węglowe z całego świata, zachęcając do zaprezentowania ich oferty oraz nawiązania kontaktów. Przy okazji szczytu węglowego usłyszeliśmy kilka PR-owych oksymoronów o "czystym węglu" lub wiodącej roli węgla w walce ze zmianami klimatu. Nikt nie wspomniał o tym, że emisje gazów cieplarnianych wzrosły w Polsce o ponad 8 proc. w ciągu ostatniej dekady, a wcześniejsze redukcje zawdzięczamy upadkowi dawnego systemu. Jeśli rząd dopnie swego w forsowaniu budowy elektrowni węglowych, w przyszłości oznaczać to będzie dalsze emisje CO2, pyłów i tlenków siarki, ale przede wszystkim będziemy coraz bardziej zdani na import surowców i usługi zagranicznych koncernów węglowych.

Budowa kolejnych elektrowni na węgiel kamienny oznacza pogłębienie zależności polskiej gospodarki od (coraz mniej polskiego) węgla i nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem energetycznym, na które powołuje się premier Donald Tusk. Dziś lamentuje się nad uzależnieniem Polski od dostaw gazu z Rosji. Jeśli powstaną nowe elektrownie węglowe, czeka nas ta sama dyskusja, tylko na temat węgla. Obyśmy pamiętali, który rząd do tego doprowadził. I która opozycja nie robiła nic, by temu zapobiec.

Polacy wolą OZE od węgla

Jest szansa, że pamiętać będziemy, bo zgodnie z wynikami najnowszego badania Centrum Badania Opinii Społecznej (CBOS) aż 89 proc. dorosłych Polaków chce, by więcej energii pochodziło ze źródeł odnawialnych. Poparcie dla produkcji energii pochodzącej ze spalania węgla kamiennego i brunatnego jest znikome. Co więcej, aż 73 proc. Polaków oczekuje większego zaangażowania Polski w działania na rzecz ochrony klimatu, a jednocześnie 70 proc. chce polityki energetycznej opartej przede wszystkim na OZE. W rzadko której sprawie wyniki reprezentatywnych badań opinii publicznej tak jednoznacznie wskazują na ewidentny rozdźwięk między tym, czego chcą Polacy, a tym, co robi rząd. Obywatele oczekują radykalnych zmian prowadzących do rozwoju odnawialnych źródeł energii i polityki klimatycznej.

Ostatnie badanie CBOS nie jest zresztą czymś nowym. Instytut ten już od 2009 roku potwierdza wzrost poparcia Polek i Polaków dla energetyki odnawialnej. Największe poparcie dla OZE w Polsce w porównaniu z innymi źródłami energii (przy raptem kilku-kilkunastoprocentowym poparciu dla węgla) potwierdzają również wyniki badań Eurobarometru z początku roku oraz krakowskiego Instytutu Badań i Opinii Publicznej CEM z listopada 2013. Możemy powtarzać mantry o "polskim węglu", nie dowierzać inteligencji Polaków lub podważać wiarygodność samych badań, tak jak robił to niedawno sekretarz stanu Adam Jasser, doradca premiera Tuska na swoim koncie na Twitterze.

Zamiast jednak zaklinać rzeczywistość, warto posłuchać ekspertów oraz opinii publicznej i wreszcie zabrać się do wdrożenia ustawy o odnawialnych źródłach energii, którą rząd skutecznie blokuje od ponad trzech lat, przez co zielone inwestycje stoją w miejscu, a Polsce grożą kary rzędu setek tysięcy złotych dziennie za brak wdrożenia unijnej dyrektywy.

Czy stać nas na OZE?

Najnowszy raport przygotowany przez ekspertów z Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO) we współpracy z Instytutem Badań Kosmicznych i Termodynamiki Technicznej DLR w Stuttgarcie na zlecenie Greenpeace'u "[R]ewolucja energetyczna dla Polski" analizuje koszty i korzyści zakrojonych na szeroką skalę inwestycji i rozwoju zdecentralizowanej energetyki opartej na odnawialnych źródłach energii, wskazując na przewagę tego typu rozwiązań zarówno dla gospodarki, jak i dla obywateli. Proponowany rozwój sektora energetyki odnawialnej w połączeniu z poprawą efektywności energetycznej sprawią, że jednostkowe koszty energii dla odbiorców końcowych w perspektywie długookresowej będą niższe w stosunku do obecnej propozycji rządu. Do roku 2030 będą one porównywalne do cen energii produkowanej w rządowym miksie energetycznym, ale już w roku 2050 będzie to koszt wynoszący 8,2 eurocenta/kWh. Natomiast realizacja scenariusza opartego głównie na spalaniu węgla i energetyce jądrowej sprawi, że koszty te wyniosą 11,8 eurocenta/kWh.

Z analiz innych instytutów badawczych wiemy, że w skali całej gospodarki kraju stopniowe odchodzenie od węgla (i jego importu) w połączeniu z poprawą efektywności energetycznej i znaczącym rozwojem OZE będzie "konsumować" jedynie ok. 0,3-1 proc. PKB rocznie, i to tylko do roku 2030. Po tej dacie inwestycje w OZE i modernizację gospodarki zaczną nam się zwracać z nawiązką. Mówią o tym zarówno Instytut Badań Strukturalnych z Instytutem na rzecz Ekorozwoju (wspólny raport "Niskoemisyjna Polska 2050"), jak i Bank Światowy w analizie przygotowanej specjalnie dla Ministerstwa Gospodarki.

Nie stać nas na zmarnowanie tej szansy, bo inaczej utrwalimy w Polsce węglowy skansen tworzący ogromne koszty (m.in. 2 proc. PKB rocznie w wyniku szkód spowodowanych emisją zanieczyszczeń ze spalania węgla) i zostaniemy w tyle za rozwijającą się Unią. Nikt wreszcie, nawet Greenpeace, nie mówi o natychmiastowym zamykaniu kopalni czy elektrowni. Chodzi przede wszystkim o to, by nie otwierać nowych, ale zamykać najpierw te najstarsze, najbardziej trujące, oraz o przechodzenie na zróżnicowany miks energetyczny oparty na OZE i efektywności energetycznej, tak by w 2030 r. 52 proc. energii elektrycznej było wytwarzane z OZE. Przyjęło się jednak straszenie Polaków, że odchodzenie od węgla oznaczać będzie utratę nawet kilkuset tysięcy miejsc pracy. Straszący zwykli nie podawać źródeł wyliczeń, na których opierają swoje czarnowidztwo. Tak się składa, że zgodnie ze wspomnianą ekspertyzą IEO całkowita różnica w liczbie miejsc pracy w energetyce dla obu scenariuszy (rządowego i innowacyjnego) w 2030 roku wynosi niemalże 50 tys. na korzyść scenariusza opartego na rozwoju OZE. Scenariusz ten pozwala też na podniesienie stanu ogólnego zatrudnienia w energetyce (konwencjonalnej i odnawialnej) ze 168,2 tys. w 2010 roku do 173,3 tys. w 2030 roku.

Zarówno eksperci z IEO, Politechniki Śląskiej (prof. Jan Popczyk), jak i były minister środowiska prof. Maciej Nowicki są zgodni co do tego, że znaczący rozwój OZE jest możliwy i korzystny ekonomicznie. Tyle naukowcy, którzy prezentują faktyczne rozwiązania problemów polskiej energetyki i którzy nie muszą korygować danych i faktów pod kątem zbliżających się wyborów. Tylko jacy politycy myślą w perspektywie dalszej niż pięcioletnia? Mężowie stanu (ale o nich za chwilę).

Ukryte koszty węgla

W dyskusji na temat kosztów energetyki należy brać również pod uwagę tzw. koszty zewnętrzne, czyli te związane z negatywnym wpływem zanieczyszczeń powietrza na ludzkie zdrowie, rolnictwo, bioróżnorodność i niszczenie budynków. Jak wyliczył dr hab. inż. Mariusz Kudełko, profesor z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, na podstawie uznanego w świecie naukowego modelu makroekonomicznego, koszty zewnętrzne tworzone w wyniku zanieczyszczeń powietrza pochodzących ze spalania węgla w polskich elektrowniach wynoszą ok. 30 mld zł rocznie, czyli około 2 proc. polskiego PKB. To tyle co połowa rocznego budżetu NFZ. Zdaniem Europejskiej Agencji Środowiska, wyrażonym w analogicznym raporcie, koszty te mogą wynosić nawet 50 mld zł rocznie.

Kosztów tych nie ponoszą koncerny węglowe, tylko całe społeczeństwa i gospodarka - poprzez m.in. zmniejszenie plonów rolnych, zwiększoną zachorowalność na choroby układu oddechowego i krążenia, zwiększoną liczbę zwolnień lekarskich, ubytek dni pracy, konieczność wypłaty zasiłków chorobowych z ZUS, KRUS itd. Co więcej, spalanie węgla z dwóch tylko spośród planowanych nowych kopalni odkrywkowych w Gubinie (woj. lubuskie) i Lubinie (Dolny Śląsk) podniesie dodatkowe koszty zewnętrzne o kolejne 10 mld zł rocznie. Będzie trzeba je ponosić przez następne dekady. Tymczasem Instytut Morski w Gdańsku dokładnie zbadał możliwości rozwoju sektora morskich farm wiatrowych na Bałtyku, na wodach w Polskiej Wyłącznej Strefie Ekonomicznej. Moglibyśmy tam postawić wiatraki o mocy aż 20 GW, czyli takiej jak moc produkowana przez kilka elektrowni węglowych lub atomowych. Tak, już po uwzględnieniu faktu, że wiatr "nie zawsze wieje". I nie obawiajmy się - tych wiatraków nie będzie widać z plaży w Gąskach czy Władysławowie - będą daleko za linią horyzontu oraz poza obszarami chronionymi i trasami żeglugowymi.

Co więcej, mamy też ogromny potencjał w energetyce rozproszonej. Jak wylicza prof. dr hab. inż. Jan Popczyk, te 12 mld zł, które rząd chce wpompować w nierentowną rozbudowę elektrowni Opole, wystarczyłoby do sfinansowania głębokiej termomodernizacji 200 tys. domów jednorodzinnych, 10 tys. małych i średnich gospodarstw i 500 gospodarstw wielkotowarowych, a także wyposażenie ich w urządzenia do produkcji energii z OZE - w ogniwa fotowoltaiczne, mikrowiatraki, mikrobiogazownie i biogazownie rolniczo-utylizacyjne. Dodatkowo inwestycje te przyniosłyby redukcję emisji CO2, a budowa bloków węglowych w Opolu naturalnie by tę emisję zwiększyła. Zdecydowany rozwój OZE w Polsce to wreszcie więcej trwałych miejsc pracy w polskich stoczniach, które już dziś specjalizują się w produkcji wiatraków oraz statków do ich obsługi (paradoksalnie cała ta produkcja idzie na eksport), czy fabrykach kolektorów słonecznych. Już dziś w Polsce funkcjonuje największa w Europie firma zajmująca się ich produkcją. Przykłady można mnożyć.

Ludzie przeciwko kopalniom

W przyjętej przez polski rząd i obecnie obowiązującej Polityce Energetycznej Polski do 2030 r. oprócz nowych elektrowni na węgiel kamienny rząd chce także otwierać kolejne kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego, a co się z tym wiąże, także elektrownie spalające ten surowiec. Jest to rozwiązanie najmniej wydajne energetycznie i najbardziej brudne spośród wykorzystujących wszystkie paliwa kopalne zarówno pod względem emisji CO2, jak i innych substancji szkodliwych dla zdrowia: rtęci, pyłów, tlenków siarki i azotu. Żeby zrealizować te plany, trzeba będzie wywłaszczyć tysiące mieszkańców z kilkunastu gmin w kilku województwach. Nic dziwnego, że protestują zarówno samorządowcy, jak i społeczności lokalne, a w ważnych prawnie referendach, które odbyły się w aż ośmiu gminach, większość zagłosowała przeciw kopalniom odkrywkowym.

Hydrobiolodzy z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, tacy jak prof. dr hab. Lubomira Burchardt czy prof. Julian Chmiel, przestrzegają przed zagrożeniami dla chronionych gatunków zwierząt i roślin w związku z gwałtownym osuszaniem terenów w wyniku działalności odkrywek. Rolnicy z kolei pokazują polskim i zagranicznym dziennikarzom (ostatnio BBC i "Die Zeit") wyschnięte studnie, stawy oraz wysychające jeziora. Liczą na to, że ich głos zostanie wreszcie usłyszany również w Polsce. W wyniku masowego protestu mieszkańców w kilku rejonach Polski sprawą planowanych odkrywek zajęła się komisja petycji Parlamentu Europejskiego, która wysłała do Polski swoją misję śledczą, której wyniki spowodowały krytykę polskiego rządu opisaną w specjalnym raporcie. Co więcej, Komisja Europejska stwierdziła naruszenie prawa unijnego przy realizacji jednej z odkrywek (Tomisławice). Paradoks polega na tym, że zgodnie m.in. z ustawą o gospodarowaniu nieruchomościami kopalnie odkrywkowe węgla brunatnego mają status inwestycji celu publicznego.

Co to oznacza, przekonali się mieszkańcy okolic Konina, którzy zmuszeni byli opuścić swoje domy i gospodarstwa rolne w wyniku rozbudowy tamtejszych kopalni odkrywkowych węgla brunatnego. Pieniądze z "rekompensat" nie pozwoliły na odtworzenie standardu i stylu dotychczasowego życia i wielu z nich było zmuszonych do przeprowadzki do małych mieszkań w bloku. Część osób do dziś broni się przed wywłaszczeniem, choć ich dni na ojcowiźnie są policzone. Ile wart jest cel publiczny? Czy można poświęcać całe gminy, rozwiniętą infrastrukturę, domy, szkoły oraz społeczności, żeby wydobywać węgiel brunatny w momencie, gdy nie ma wcale takiej konieczności? Czesi, którzy podobnie klasyfikowali odkrywki węgla brunatnego, w zeszłym roku opamiętali się i odebrali odkrywkom węgla brunatnego uprzywilejowany status, kończąc w ten sposób z możliwością przymusowego wywłaszczania pod ten biznes.

To czyje są wiatr i słońce?

Eksminister Korolec niczym "prawdziwy" mąż stanu zasłynął ostatnio za granicą w wywiadzie dla "Die Zeit" stwierdzeniem, że polityka klimatyczna to "głupota" i że stanowi powód kryzysu gospodarczego w Europie. Coś musi być na rzeczy, skoro w 2008 roku Unia wprowadziła pakiet klimatyczny 3x20 mający na celu m.in. obniżenie emisji CO2, a kilka miesięcy później nastąpiła zapaść w Grecji i zawaliły się hipoteki w USA. Wygląda na to, że wreszcie mamy szanse na Nobla z ekonomii dla Polaka. Zostawmy jednak na chwilę nowe standardy dyplomacji i ekonomii i wróćmy do pytania, które w swoim artykule zadaje Tomasz Ulanowski. Czy słońce i wiatr są mniej polskie niż węgiel? Oczywiście, że tak. Każde dziecko widzi przecież, że słonce wschodzi na wschodzie, a wiatr wieje z zachodu, a jakie kraje tam leżą, to my już wiemy... Ale być może nie powinniśmy tak się naśmiewać, bo wkrótce usłyszymy Donalda Tuska, eksministra Korolca lub Jarosława Kaczyńskiego powtarzających te słowa, tyle że na poważnie.

*Autor jest koordynatorem kampanii Klimat i Energia w Greenpeace Polska. Od kilku lat współpracuje z samorządami i mieszkańcami terenów zagrożonych budową kopalni odkrywkowych węgla brunatnego. Jest także ekspertem Koalicji Klimatycznej zrzeszającej ponad 20 organizacji ekologicznych działających w Polsce na rzecz ochrony klimatu

źródło: http://wyborcza.biz

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

 
link terra
Materiały zgromadzone na serwisie dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.