tytul: Przestój w centrali Kompanii Węglowej. Tylko 20 proc. osób w pracy tytul: Unia Europejska przedłuża żywotność największego truciciela w Europie,tytul: Oszczędnie, odnawialnie, obywatelsko: fundusze europejskie na rewolucję energetyczną w regionach.tytul: Pomoc publiczna - zwycięstwo Niemiec, porażka Polskitytul: Ograniczona odnawialna energiatytul: Polska żegna się z energetyką jądrową?tytul: Raport: Ukryty rachunek za węgieltytul: Polityka energetyczna, czyli jak się walczy z wiatrakami
min
wiadomości

Rząd forsuje zmiany w energetyce. Sporo za nie zapłacimy

- Rząd nawet nie musi uwalniać cen energii dla gospodarstw domowych, nasze rachunki i tak pójdą mocno w górę - ostrzegają eksperci rynku energetycznego.
opublkowano 24 kwietnia 2014r.

Ich zdaniem taki będzie efekt wprowadzenia w życie ustawy o Odnawialnych Źródłach Energii, którego projektem dziś zajmie się rząd. Ustawa ma w zamyśle autorów, czyli Ministerstwa Gospodarki, regulować zasady finansowego wspierania zielonej energii. Zdaniem przedstawicieli producentów odnawialnej energii, jej skutek będzie wręcz odwrotny od deklarowanego przed rząd - spowoduje, że produkcja ekologicznej energii nie będzie się opłacać i zablokuje inwestycje w energetyce.

- Zapewniliśmy w tej ustawie bardzo rozsądne proporcje, z których będzie wynikało, że OZE będą istotnym elementem bezpieczeństwa energetycznego, ale nie zrujnują budżetów ani rodzinnych, ani budżetu krajowego - obiecał premier Donald Tusk, zapowiadając przed tygodniem szybkie przyjęcie projektu ustawy o Odnawialnych Źródłach Energii. Ma ona spowodować wzrost udziału energii z odnawialnych źródeł w naszym bilansie do poziomu 15 procent.

- W tej postaci ustawa będzie służyła wyłącznie wielkim producentom energii i dyskryminowała drobnych wytwórców, którzy zgodnie z wymogami Unii Europejskiej powinni z biegiem czasu stać się znaczącym graczem na wolnym już rynku - atakują eksperci z organizacji zrzeszających producentów zielonej energii, ale też instytucji monitorujących rynek. Ich zdaniem, zablokowanie rozwoju konkurencji spowoduje w efekcie szybki wzrost cen, a co za tym idzie, naszych rachunków.

Miliardy z naszych kieszeni na wsparcie gigantów

Projekt ustawy, którym dziś zajmie się rząd, a przygotowany przez resort gospodarki, zakłada dotowanie produkcji energii ze źródeł odnawialnych na zasadzie aukcji. Ten z producentów, kto zaoferuje najniższą cenę, otrzyma gwarancję jej zakupu nawet przez 15 lat. Aukcje na zakup zielonej energii mają być ogłaszane co najmniej raz w roku. Minister gospodarki ma wcześniej ogłosić tzw. cenę referencyjną, czyli maksymalną, jaką można zaoferować na aukcji, jak również i pulę energii, którą w danym roku państwo wesprze.

Będą oddzielne aukcje dla źródeł energii o mocy powyżej i poniżej 1 MW, przy czym co najmniej 25 proc. puli energii objętej wsparciem ma pochodzić ze źródeł małych, poniżej 1 MW. To, według ministerstwa, ma zapewnić wsparcie również dla małych producentów. W myśl projektu, koszty te i tak zostaną przerzucone na odbiorców energii w postaci tzw. opłaty OZE, której wysokość na 2015 r. określono na 2,27 zł/MWh bez VAT.

Rozliczaniem opłaty OZE ma zająć się się nowo utworzona spółka OREO - Operator Rozliczeń Energii Odnawialnej. Koszt wprowadzenia nowego systemu oraz jego funkcjonowanie ma przez pięć lat pochłonąć blisko 7,5 mln złotych. Resort gospodarki prognozuje, że w 2015 r. średnia kwartalna cena energii będzie wynosić 220 zł/MWh, a średnia wspieranej energii z OZE - 362 zł/MWh. W sumie na wsparcie ma pójść do 2020 roku blisko 32 mld zł.

Rys. k1

Warto też wspomnieć, że w związku ze zwiększeniem udziału energii ze słońca, wody, wiatru czy spalania biomasy, spadną wpływy z tytułu akcyzy od tradycyjnych paliw, takich jak olej opałowy czy gaz ziemny. Przez pięć lat będzie to ponad miliard złotych.

Ministerstwo Gospodarki zapewnia, że projekt odchodzi od wspierania współspalania biomasy z węglem w dużych blokach energetycznych, z której to technologii pochodzi dziś połowa polskiej zielonej energii. Przedstawiciele resortu podkreślają, że projekt wprowadza definicję mikroinstalacji, czyli instalacji OZE o niewielkiej mocy, produkującej energię głównie na własne potrzeby. Dla jej użytkowania nie trzeba będzie mieć koncesji czy prowadzić działalności gospodarczej. Wsparciem ma być tu też obowiązek zakupu przez odpowiedni podmiot - sprzedawcę - nadwyżek energii. Innymi słowy, praktycznie każdy, kto ma lub zainstaluje ogniwa słoneczne, wiatrak czy biogazownię, to wyprodukuje ponad swoje potrzeby, będzie miał prawo to sprzedać.

- Projekt jest zaprzeczeniem dla wymogów nie tylko zdrowego rozsądku, ale też dyrektyw Unii Europejskiej - mówi tymczasem Money.pl Grzegorz Wiśniewski, prezes Związku Pracodawców Forum Energetyki Odnawialnej. - Sama długość trwania prac nad projektem - ponad trzy lata - jest kuriozalna, ale najsmutniejszy jest ich efekt. Nowe przepisy uderzają w prosumentów, czyli drobnych producentów energii, ustalając cenę zakupu pochodzącej od nich energii na poziomie 80 proc. średniej ceny sprzedaży energii elektrycznej na rynku konkurencyjnym - podkreśla. Jego zdaniem, coś, co - zgodnie z wymogami Brukseli - miało przyczynić się do wzrostu konkurencji przez powstawanie tysięcy małych wytwórców, będzie miało wręcz przeciwny skutek.

 Właściciele małych biogazowni, paneli słonecznych czy wiatraków, nie będą w stanie konkurować cenowo z molochami energetycznymi, w przypadku których produkcja zielonej energii będzie polegała wyłącznie na zwiększonym współspalaniu czyli dodawaniu do węgla większej ilości biomasy. W efekcie braku koniecznych inwestycji, a na energetycznych gigantach, bez konkurencji trudno będzie je wymusić, za dwa lub trzy lata musimy się liczyć z gwałtownym wzrostem rachunków za prąd - tłumaczy Wiśniewski. Jego zdaniem, tę energię, by uniknąć przerw w dostawach i wypełnić zapisy o redukcji emisji CO2, trzeba będzie w coraz większym stopniu sprowadzać zza granicy. - Majstrując tyle lat przy projekcie technikę seksualną może i dopracowano, ale miłości w tym do zielonej energii nie ma żadnej - konkluduje.

Jak podkreśla Tobiasz Adamczewski z WWF Polska, nożyce kosztów wytworzenia energii z tradycyjnych źródeł w porównaniu z OZE, będą się coraz bardziej rozwierały na rzecz tych drugich, a rząd Donalda Tuska, wprowadzając w życie projekt ustawy o OZE , spowoduje, że Polska na tym nie skorzysta. - Zielone źródła energii szybko tanieją, a koszt wytwarzania prądu z węgla, który stanowi ponad 80 proc. wykorzystywanego w Polsce paliwa, będzie szybko wzrastał. Ustawa spowoduje jednak, że w najbliższych latach nie będzie się specjalnie opłacało inwestować w zieloną energię poza biomasą. Ustawa mogłaby też przyczynić się do powstania blisko 9 tysięcy dodatkowych miejsc pracy, ale w tej formie, to będzie niemożliwe - prognozuje Adamczewski.

Z pytaniem o wyjaśnienie tych zarzutów zwróciliśmy się do Ministerstwa Gospodarki, jednak nie udzielono nam odpowiedzi.

Rachunki za prąd w górę, nawet bez uwolnienia cen

Od pięciu lat wisi nad nami decyzja o uwolnieniu cen energii dla gospodarstw domowych. Zobowiązaliśmy się do tego dostosowując nasze przepisy do unijnej dyrektywy już w 2008 roku. Zapisano to nawet w mapie drogowej przyjętej przez Urząd Regulacji Energetyki. Przed dwoma laty Komisja Europejska upomniała Polskę za sposób regulowania cen energii dla gospodarstw domowych i wezwała do dostosowania krajowych przepisów dotyczących regulowania cen za energię dla odbiorców końcowych do przepisów unijnych. Jeśli tego nie zrobimy, Komisja może skierować sprawę do Trybunału Sprawiedliwości. Bruksela twierdzi, że ceny regulowane zakłócają funkcjonowanie rynku i nie dopuszczają wolnej konkurencji. Powodują one utrzymywanie monopolu, prowadzącej do niedoinwestowania lub do niepotrzebnie wysokich cen.

Wprawdzie Agnieszka Głośniewska rzecznik URE, zapewniła nas, że w tym roku uwolnienie cen energii dla gospodarstw domowych nie jest przewidywane. - Szereg warunków dotyczących swobody dostępu do rynku, ochrony konsumentów, czy należytego ich informowania nie pozwala na zupełne uwolnienie cen - podkreśla. Sceptycznie podchodzi do szacunków mówiących o skoku cen prądu o 30 proc., analogicznie jak to miało miejsce po uwolnieniu cen dla odbiorców przemysłowych w 2008 roku. - Gospodarstwa domowe to zaledwie niespełna 30 proc. rynku energii, a poza tym cena prądu w miesięcznym rachunku to średnio jego połowa, reszta to opłaty przesyłowe, a nad ich poziomem zachowamy kontrolę - podkreśla.

Mimo tych zapewnień, eksperci mówią twardo - podwyżki nas nie ominą. Samo uwolnienie cen - jeżeli nie w tym roku - to ich zdaniem nastąpi tuż po wyborach. - Rząd zwleka z decyzja, czekając na wybory w 2015 roku - mówi Grzegorz Wiśniewski z ZPFEO. Jednak zarówno jego zdaniem, jak i innych ekspertów, jako, że odnawialne źródła energii są finansowane w drodze obowiązków nakładanych na przedsiębiorstwa energetyczne sprzedające energię elektryczną do ostatecznych odbiorców. Oznacza to ni mniej ni więcej jak przeniesienie tych kosztów na płacących rachunki za prąd.

Biorąc pod uwagę, że w Polsce jest około 17 mln odbiorców (2 mln instytucjonalnych i 15 mln gospodarstw domowych), tylko w 2015 roku koszt dopłat na jednego odbiorcę sięgnie blisko 250 zł, czyli około 20 zł miesięcznie.

Do tego trzeba by dodać jeszcze obciążenia wynikające z prognozowanego, szybkiego wzrostu kosztów, jakie trzeba będzie ponosić przy produkcji prądu w Polsce, wynikające z fatalnej - zdaniem ekspertów - forsowanej przez rząd ustawy o OZE. - Trudno je teraz oszacować, ale musimy się liczyć z tym, że jeżeli chodzi o udział wydatków za prąd w domowych budżetach, znajdziemy się w europejskiej czołówce - mówi Tobiasz Adamczewski z WWF Polska.

Na prąd wydajemy więcej niż Niemcy i Francuzi

Już teraz ceny prądu są u nas stosunkowo wysokie. Średnie gospodarstwo domowe w Polsce zużywa 3000 kWh energii elektrycznej rocznie i to pod warunkiem, że prądu nie używa do podgrzewania wody czy ogrzewania domu. Średni, miesięczny rachunek to 160 złotych. Podobnie za prąd płacą Czesi, Węgrzy, Słoweńcy, ale też zarabiający od nas znacznie więcej - Grecy oraz Francuzi. Rachunki za prąd w Niemczech, Irlandii czy na przykład na Cyprze są około dwukrotnie wyższe niż u nas. Średnio w całej Unii Europejskiej opłaty za energię elektryczną są wyższe niż u nas o około 50 złotych miesięcznie

Rys. k2

W powyższym zestawieniu wypadamy całkiem korzystnie, rachunki za prąd większości Europejczyków są wyższe od płaconych przez nas. Jednak jeżeli weźmiemy pod uwagę średnie zarobki, to porównanie dla średniej polskiej rodziny wypada bardzo niekorzystnie.

Udział rachunków za prąd w przeciętnym budżecie domowym to u nas 3 proc. Dwa razy więcej niż średnia dla Unii Europejskiej. Należymy wręcz do europejskiej czołówki jeżeli chodzi o to, ile w relacji do pensji płacimy dostawcom energii.

k3

Zgodnie z szacunkami Eurostatu i URE przyjęliśmy, że przeciętne gospodarstwo domowe zużywa miesięcznie około 250 kWh energii elektrycznej. Według Eurostatu średnia cena za 100 kWh wyniosła w Polsce w ubiegłym roku równowartość 15,3 euro czyli ponad 64 złote. W tym samym czasie Duńczycy płacili za prąd (100 KWh) niemal 30 euro, Cypryjczycy - ponad 29 euro, Niemcy - prawie 27 euro, Włosi, Irlandczycy i Hiszpanie - około 23 euro, a Belgowie - ponad 22 euro.

Najmniej w tym czasie wynosiły w rachunki w Bułgarii - 9,6 euro za 100 kilowatogodzin, w Rumunii - 10,8 euro oraz w Estonii (11,2 euro) i na Litwie (12,7 euro). Średnia wysokość rachunku za 100 kWh wynosiła w UE w drugiej połowie ubiegłego roku 19,7 euro.

Mimo że na przykład w Rumunii prąd jest trzykrotnie tańszy niż w Danii, jednak przeciętny Rumun zarabia netto osiem razy mniej niż Duńczyk. Polacy wypadają lepiej, ale i tak nasze zarobki to zaledwie 10 procent tego, co na rękę dostaje mieszkaniec Luksemburga. W naszej części Europy zarabiamy na tyle mało, że wydatki na prąd obciążają nasze domowe budżety dwu, a nawet trzykrotnie bardziej niż mieszkańców Zachodu czy Skandynawii. Dzieje się tak, mimo że drobni odbiorcy wciąż są u nas chronieni przez państwo. To nie może trwać w nieskończoność, Bruksela coraz mocniej naciska na nas, by ten ochronny parasol zwinąć.

- Nie liczmy na litość dostawców - mówi Grzegorz Parciński z Agencji Rynku Energii. Jak wskazuje, po uwolnieniu cen energii dla firm przed pięcioma laty ceny skoczyło o ponad 30 procent. - Mam nadzieję, że w przypadku gospodarstw domowych nie wzrosną tak bardzo, będzie to mniej więcej jakieś 15 procent - szacuje.

W przypadku podwyżek rzędu 15 procent, rachunek miesięczny w przeciętnym gospodarstwie domowym skoczyłby o około 24 złote czyli około 185 złotych. To w skali roku oznaczałoby wydatki większe na rachunki za prąd o blisko 290 złotych. Gdyby jednak podwyżki były analogiczne do tych z 2008 roku, wtedy miesięczny rachunek przeciętnej rodziny skoczyłby o 50 złotych do 210, czyli o 600 złotych rocznie więcej niż teraz.

źródło: http://www.money.pl
autor: Andrzej Zwoliński

 

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

 
link terra
Materiały zgromadzone na serwisie dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.