tytul: 400 ppm – wkraczamy w nowy, gorący świattytul: Jesteśmy supertytul: Czy środowisko ma rację bytu w twardej światowej polityce?tytul: Dyktatura firm wielonarodowychtytul: Prezes zabija bezkarnietytul: Miasta będą się bronić przed zmianami klimatutytul: Co nowego w polityce energetycznej?tytul: Prawie 870 mln euro z programu LIFE na działania na rzecz klimatu
min
trendy

12 mld z kieszeni Kowalskich dla koncernów.

Greenpeace ujawnia, kto brał dotacje za rozwój zielonej energetyki: Nie uwierzycie z czego w Polsce powstaje *zielona energia*. Z wiatru i słońca? Gdzie tam.
opublkowano 27 kwietnia 2015r.

Nie uwierzycie z czego w Polsce powstaje "zielona energia". Z wiatru i słońca? Gdzie tam. Ze spalania zmieszanych razem z węglem wnętrzności świń, albo importowanych z całego świata łupin orzechów kokosowych, pestek z oliwek i innych rolniczych śmieci.

W 2008 roku prezes RWE Stoen rozesłał do klientów list, w którym w przepraszającym tonie wyjaśniał, że musi podwyższyć rachunki za sprzedawany prąd ze względu na obowiązkowy zakup energii z odnawialnych źródeł. Od wielu lat każdy z dostawców energii elektrycznej musi zagwarantować, że jej część będzie pochodziła z odnawialnych źródeł.
Organizacja Greenpeace podliczyła, ile jako konsumenci zapłaciliśmy za wsparcie zielonej energetyki w rachunkach za prąd. W latach 2005-2012 było to aż 19 mld złotych. Ale teraz najlepsze. Z tego ponad połowa 12,1 mld trafiła do największych i kontrolowanych przez państwo koncernów energetycznych, a jedynie 6,9 mld zł do niezależnych firm produkujących energię z wiatru. Najbardziej jednak szokuje to, jak i dlaczego pieniądze szły do firm energetycznych.

– Zgodnie z wymogami UE, do 2020 roku polscy dostawcy energii muszą zagwarantować że 15,5 proc. oferowanej przez nich energii będzie pochodzić z odnawialnych źródeł. Ponieważ Polskie elektrownie od zawsze spalały węgiel, na prezesów firm padł blady strach, że będą musieli płacić ogromne sumy farmom wiatrowym lub sami będą musieli inwestować w takie elektrownie – mówi Anna Ogniewska, współautorka opracowania. Opowiada, jak wypaczono system rządowego wparcia dla zielonej energetyki.

Dotacje dla starej energetyki to palenie pieniędzy, uważają ekolodzy i protestują. Nawet na kominach elektrowni. Dotacje dla starej energetyki to palenie pieniędzy, uważają ekolodzy i protestują. Nawet na kominach elektrowni. - fot. Łukasz Cynalewski / Agencja gazeta , Greenpeace

Najpierw powstał system zielonych certyfikatów. Firmy, które produkowały prąd z OZE za każdy megawat otrzymywały specjalne świadectwa. Mogły je sprzedawać (obecnie cena wynosi 159 zł 1MWh) na giełdzie firmom, którym brakowało zielonego prądu z wiatru, wody i słońca. Kto nie miał zielonych certyfikatów, musiał zapłacić tzw. opłatę zastępczą na rzecz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Zielone certyfikaty szybko podrożały, a prezesi firm rozpaczliwie poszukiwali wyjścia z sytuacji.

Eureka, gałęzie idą do pieca
Dziś już trudno wskazać, kto pierwszy wpadł na pomysł, aby do opalanych węglem kotłów energetycznych dorzucać także zmielone gałęzie, wióry, odpady z produkcji rolniczej. Proces nazwano współspalaniem biomasy. Ktoś z energetyków opracował taki patent, że jeśli wraz z węglem spali się biomasa, to część wyprodukowanej energii będzie można uznać za odnawialną. Co gałęzie mają wspólnego z odnawialną energetyką? To, że przecież obcięta gałąź wierzby „energetycznej” odrośnie w kilka tygodni. Jeśli założymy, że na specjalnej plantacji kosimy wierzbę dwa razy w roku i wciąż odrastają, to może to być "odnawialne” źródło energii.

To był dopiero początek kreatywności. Bo okazało się, że rolnicy uprawiali nie wierzbę, ale bardziej przydatne produkty jak rzepak i inne zboża. Na przykład Fortum, koncern energetyczny z Finlandii, właściciel elektrociepłowni w Częstochowie zorientował się, że potrzebuje ponad 200 tys. ton biomasy rocznie, a to więcej niż mogą dostarczyć okoliczni rolnicy i Lasy Państwowe.

Biomasa dla elektrowni to także żyła złota dla dostawców

[W elektrowni Połaniec powstał największy na świecie blok opalany biomasą. - To nie nic wspólnego z zielona energetyka, uważają ekolodzy.]
W elektrowni Połaniec powstał największy na świecie blok opalany biomasą. - To nie nic wspólnego z zielona energetyka, uważają ekolodzy. • fot. Paweł Małecki / Agencja Gazeta
Nie uwierzycie z czego w Polsce powstaje "zielona energia". Z wiatru i słońca? Gdzie tam. Ze spalania zmieszanych razem z węglem wnętrzności świń, albo importowanych z całego świata łupin orzechów kokosowych, pestek z oliwek i innych rolniczych śmieci.

W 2008 roku prezes RWE Stoen rozesłał do klientów list, w którym w przepraszającym tonie wyjaśniał, że musi podwyższyć rachunki za sprzedawany prąd ze względu na obowiązkowy zakup energii z odnawialnych źródeł. Od wielu lat każdy z dostawców energii elektrycznej musi zagwarantować, że jej część będzie pochodziła z odnawialnych źródeł.
Organizacja Greenpeace podliczyła, ile jako konsumenci zapłaciliśmy za wsparcie zielonej energetyki w rachunkach za prąd. W latach 2005-2012 było to aż 19 mld złotych. Ale teraz najlepsze. Z tego ponad połowa 12,1 mld trafiła do największych i kontrolowanych przez państwo koncernów energetycznych, a jedynie 6,9 mld zł do niezależnych firm produkujących energię z wiatru. Najbardziej jednak szokuje to, jak i dlaczego pieniądze szły do firm energetycznych.

– Zgodnie z wymogami UE, do 2020 roku polscy dostawcy energii muszą zagwarantować że 15,5 proc. oferowanej przez nich energii będzie pochodzić z odnawialnych źródeł. Ponieważ Polskie elektrownie od zawsze spalały węgiel, na prezesów firm padł blady strach, że będą musieli płacić ogromne sumy farmom wiatrowym lub sami będą musieli inwestować w takie elektrownie – mówi Anna Ogniewska, współautorka opracowania. Opowiada, jak wypaczono system rządowego wparcia dla zielonej energetyki.

 

[Dotacje dla starej energetyki to palenie pieniędzy, uważają ekolodzy i protestują. Nawet na kominach elektrowni.]
Dotacje dla starej energetyki to palenie pieniędzy, uważają ekolodzy i protestują. Nawet na kominach elektrowni.•fot. Łukasz Cynalewski / Agencja gazeta , Greenpeace

Najpierw powstał system zielonych certyfikatów. Firmy, które produkowały prąd z OZE za każdy megawat otrzymywały specjalne świadectwa. Mogły je sprzedawać (obecnie cena wynosi 159 zł 1MWh) na giełdzie firmom, którym brakowało zielonego prądu z wiatru, wody i słońca. Kto nie miał zielonych certyfikatów, musiał zapłacić tzw. opłatę zastępczą na rzecz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Zielone certyfikaty szybko podrożały, a prezesi firm rozpaczliwie poszukiwali wyjścia z sytuacji.

Eureka, gałęzie idą do pieca
Dziś już trudno wskazać, kto pierwszy wpadł na pomysł, aby do opalanych węglem kotłów energetycznych dorzucać także zmielone gałęzie, wióry, odpady z produkcji rolniczej. Proces nazwano współspalaniem biomasy. Ktoś z energetyków opracował taki patent, że jeśli wraz z węglem spali się biomasa, to część wyprodukowanej energii będzie można uznać za odnawialną. Co gałęzie mają wspólnego z odnawialną energetyką? To, że przecież obcięta gałąź wierzby „energetycznej” odrośnie w kilka tygodni. Jeśli założymy, że na specjalnej plantacji kosimy wierzbę dwa razy w roku i wciąż odrastają, to może to być "odnawialne” źródło energii.

To był dopiero początek kreatywności. Bo okazało się, że rolnicy uprawiali nie wierzbę, ale bardziej przydatne produkty jak rzepak i inne zboża. Na przykład Fortum, koncern energetyczny z Finlandii, właściciel elektrociepłowni w Częstochowie zorientował się, że potrzebuje ponad 200 tys. ton biomasy rocznie, a to więcej niż mogą dostarczyć okoliczni rolnicy i Lasy Państwowe.

[Biomasa dla elektrowni to także żyła złota dla dostawców]
Biomasa dla elektrowni to także żyła złota dla dostawców•YouTube.com/ ako 140

Polskie firmy rzuciły się do wynajdywania źródeł taniego surowca na całym świecie. W ten sposób 4 lata temu z dnia na dzień wybuchł handel na trasie Polska-Ghana. Okazało się że to palenia w piecach polskich elektrowni świetnie nadają makuchy – pozostałości po wyciskaniu oleju i tłuszczy z orzechów palmowych. Jeszcze więcej importowano ich z Indonezji. Potem przyszedł czas na Hiszpanię i Maroko, skąd polskie firmy wyssały pestki z oliwek oraz winogron. Tanie, bo uznawane za odpad, trafiały do naszych elektrowni.

Ale rekord kreatywności należy do firmy, który jako biomasę potraktowała odpady z hodowli świń. – Były to części martwych zwierząt: skóry, racice, szczecina i wnętrzności. Najbardziej groteskowe było uzasadnienie procederu: Ponieważ stado świń może się reprodukować w nieskończoność, można uznać, że biośmieci z hodowli także za odnawialne źródło – opowiada przedstawiciel firmy energetycznej.

– To czysty absurd. Nie ma ekonomicznego sensu, aby wozić biomasę z 50 krajów świata do spalania w Polsce – twierdzi profesor Adam Guła z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Jego zdaniem, system dofinansowania współspalania wypaczył ideę OZE – koncerny zamiast inwestować w nowoczesną energetykę, postawiły taśmociągi z biomasą i uważają że to wystarczy.


Bajka bociana o koncernach energetycznych, które dorzucając biomasę do pieców, zbijają kokosy na opłacanych z naszych kieszeni certyfikatach

Narkomani i kroplówka za 2 mld
Współspalanie uruchomiły wszystkie największe grupy energetyczne. Technologia wymknęła się spod kontroli, bo w 2012 roku na ten cel koncerny otrzymały 2 mld zł wsparcia doliczonego do rachunków odbiorców prądu. Inna sprawa, że palenie gałęziami i odpadami z hodowli nie przynosi żadnego efektu ekologicznego. Kominy nadal dymią. Mało tego, zdarzało się, że gdy energetykom brakowało biomasy, do pieca szły nie tylko zrębki, ale i pełnowartościowe drewno z Lasów Państwowych. – Chcecie spalić polskie lasy!? – protestowali wtedy ekolodzy z Greenpeace.

– To nie jest zielona energia. Stworzono dziwaczny, ale niesamowicie zyskowny rynek. Nie ma on odpowiednika na całym świecie – uważa Grzegorz Wiśniewski, ekspert Instytutu Energetyki Odnawialnej. Nawet branża finansowa dostrzegła, że koncerny energetyczne zbijają fortunę na rządowym wsparciu. Analityk domu maklerskiego banku PKO BP w raporcie o polskich spółkach energetycznych napisał, że idące od konsumentów dopłaty do zielonej energetyki to jedna trzecia zysków koncernów. A te przecież wypłacają część zysków do budżetu państwa.

Uchwalona niedawno ustawa o odnawialnych źródłach energii ograniczyła dotacje do współspalania. Trwa jednak lobbing koncernów, bo przyzwyczajone do rządowej kroplówki trzęsą się jak narkoman czekający na działkę. W roli dealera wystąpiło Ministerstwo Gospodarki, tworząc swoją ustawę i pojęcie "współspalania dedykowanego" (z 20-procentowym wsadem biomasy do kotła). Chce znowu dawać spółkom dopłaty. A klienci nadal będą żyli w przeświadczeniu, że to zielona energia podnosi im rachunki za prąd.

Greenpeace, Tomasz Molga

 
link terra
Materiały zgromadzone na serwisie dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.