GMO

GMO – Diabeł wcielony czy zbawca ludzkości?

30 sierpnia 2013
min
(galeria fotografii)

Kate Pankowska

Z perspektywy ekonomicznej, najważniejsze są wydajność i opłacalność. I w zasadzie cała teoria ekonomiczna jest oparta na tych dwóch filarach. Z punktu widzenia ekonomii, GMO – postrzegane jako rozwiązanie technologiczne zapewniające wyższe zbiory przy niższych nakładach pracy – często uznawane jest za remedium na podniesienie wielkości produkcji żywnościowej przy zminimalizowanych kosztach. Taka wizja GMO jako technologicznego cudu, przy rosnącej globalnej populacji do wykarmienia, przy zmieniającym się klimacie i związanymi z tym trudnościami w produkcji żywności (susze, powodzie itd.), a także wynikającym z przeludnienia i ekstensywnym rozwojem przemysłu, zanieczyszczeniem środowiska i erozją gleb jest dla ekonomistów niemalże zbawieniem.

Globalne panaceum

Gdyby GMO było w stanie zapewnić wyższą wydajność w produkcji żywności, większość światowych problemów ekonomicznych mogłaby być rozwiązana. Większa ilość tańszej żywności, dodatkowo lepszej jakości, mogłaby z czasem być przełożona na zmniejszenie środków przekazywanych przez kraje wysoko rozwinięte na tzw. pomoc rozwojową i humanitarną dla krajów rozwijających się. Zamiast tłumu pracowników organizacji humanitarnych, mieszkańcy „świata rozwijającego się” mogliby dostać genetycznie zmodyfikowane (ulepszone) ziarna, które byłyby odporne  na zmiany klimatyczne czy szkodniki (w zależności od wymagań danego rejonu).

Dzięki temu liczba głodujących na świecie ludzi mogłaby być zminimalizowana, a krajowa podaż żywności w końcu uniezależnić się od pomocy z krajów rozwiniętych. Lepiej odżywieni ludzie, zwłaszcza lepiej odżywione dzieci, to później lepiej wykształceni obywatele, którzy są w stanie lepiej gospodarować w swoich krajach. Samo jednak dostarczenie takich genetycznie ulepszonych ziaren, nawet jeżeli gwarantują one niesamowity wzrost wydajności – nie zapewnia rozwiązania problemu głodu. Ważnym czynnikiem są tutaj wewnątrzpaństwowe przepisy dotyczące redystrybucji dóbr, a – jak wiadomo – większość krajów rozwijających się ma z tym problem z powodu słabo rozwiniętych praw i przeżartych korupcją struktur biurokratycznych.

Z korzyścią dla wszystkich

GMO może też być przydatne do podniesienia plonów w krajach rozwiniętych, gdzie pojawia się problem jakości gleb, spowodowany intensywną gospodarką rolną. Dodatkowo pewne rodzaje GMO mogłyby być udoskonalone w podniesieniu wydajności biopaliw, zaś  na przykład genetycznie zmodyfikowane drzewa zapewniają szybszy wzrost i wyższą wydajność biomasy i budulca (wychwytując przy tym nieco dwutlenku węgla z atmosfery).

Wiarę ekonomistów w postęp technologiczny wzmacniają pokładający w GMO nieco inne nadzieje i interesy naukowcy. Nauki ścisłe, a zwłaszcza genetyka i biotechnologia, widzą w GMO ogromny potencjał, a wielkie fundusze są przeznaczane na rozwój badań i nie wydaje się, aby możliwe było odcięcie się od ich niewątpliwych osiągnieć w tej dziedzinie. Uniwersyteckie kierunki z genetyką i biotechnologią w tytule są oblegane przez studentów, wiec naukowej siły roboczej raczej nie zbraknie. Kierunki tych badań idą w różne strony. Są naukowcy, którzy zajmują się stricte rolnymi uprawami i udoskonalaniem już będących w produkcji rolnej ziaren czy warzyw i owoców. Inni pracują nad nowymi hybrydami. Niektórzy z nich idą jeszcze dalej i pracują na przykład nad genetycznie modyfikowanymi algami, które wykazują potencjał do produkcji biopaliw i mogą zapewnić tanie źródło energii.

Druga strona medalu

Niestety ten idylliczny z punktu widzenia zarówno ekonomii, rolnictwa, rozwoju światowego, jak i oderwanych od kontekstu społeczno-politycznego nauk ścisłych obraz GMO dzisiaj nie jest do końca realistyczny. Największe problemy dotyczą niejasności w kwestii rzeczywistej efektywności GMO jako technologicznie lepszego rozwiązania dla obniżenia kosztów żywności. Nie jest jasne, czy faktycznie GMO wdrożone do produkcji rolnej na pewno jest wydajniejsze i tańsze. Problem wydaje się dotyczyć głownie stosunkowo małej grupy firm biotechnologicznych na rynku i ich praktyk w egzekucji praw do patentów na GMO.

Obecnie głównymi aktorami w dziedzinie biznesu biotechnologicznego są giganty takie jak Monsanto czy Syngenta, które wykorzystują swoją pozycję, zabezpieczając prawa do patentów na wytworzone przez siebie technologie. Korporacje te, dzięki wpływom politycznym, wykorzystują luki prawne i wywierają nacisk na ustawodawców (szeroko rozwinięty lobbing) w celu uzyskania przychylnych przepisów. Kreują dla siebie coś na kształt monopoli zapewniających wyższe zyski. Z punktu widzenia ekonomicznego taka sytuacja jest niepokojąca.

Monopol na geny

Najprostsza teoria ekonomiczna pokazuje, jak takie zachowanie gigantów GMO łatwo przekłada się na wyższe koszty ich genetycznie zmodyfikowanych ziaren. Nie jest też wciąż jasne, czy zbiory z tych GMO są naprawdę bardziej opłacalne dla rolników po odliczeniu kosztów każdorazowego zakupu ziaren i aplikacji oraz niezbędnych do ich prawidłowego wzrostu środków chemicznych (jak Monsanto Roundup). Zgodnie z umowami rolnicy produkujący GMO nie mogą zostawiać ziaren na zasiew po zbiorach w następnym roku, tylko każdorazowo nabywać od producenta nowe ziarna. To obniża zyskowność, a przy tym podwyższa ceny produkowanych przez rolników ziaren,  nie wspominając już tradycyjnego prawa do używania przy zasiewach swojego ziarna. Próby opierania się na tej zwyczajowej normie stanowią przedmiot postepowań karnych o naruszenie praw patentowych przed sądami, gdzie pojedynczy rolnicy musza mierzyć się z prawnym ramieniem agroindustrialnych gigantów.

Przykładem takich praktyk Monsanto jest choćby głośna sprawa kanadyjskiego rolnika Percy’ego Schmeisera, który uprawiał rzepak w prowincji Saskatchewan. Jego pole uprawne sąsiadowało z genetycznie zmodyfikowanymi uprawami rzepaku zasianymi materiałem Monsanto. Na skutek samoistnego przesiewu zmodyfikowanego rzepaku na pole Schmeisera, Monsanto pozwało go o bezprawne używanie ich opatentowanego rzepaku. Po latach rozpraw sadowych (1998–2004) Schmeiser wygrał proces z Monsanto w kanadyjskim Sądzie Najwyższym, ale stracił swoją farmę z powodu ogromnych kosztów sądowych.

Wielu rolników w USA twierdzi jednocześnie, że dziś ich zbiory z GMO nie są wcale większe niż plony uzyskiwane przy użyciu konwencjonalnych ziaren. Na dodatek, jeżeli chcieliby oni wrócić do kultywowania konwencjonalnych ziaren, jest to w zasadzie niemożliwe, gdyż biotechnologiczne giganty zadbały o to nie tylko ze strony prawnej (rozbudowane umowy wiążące z rolnikami), ekologicznej (ciężko uprawiać konwencjonalne uprawy, kiedy wszyscy sąsiedzi naokoło uprawiają GMO i następuje samoistne przesiewanie), lecz także od strony ekonomicznej, wykupując kompanie produkujące konwencjonalne ziarna i podnosząc ich ceny.

Podatny grunt

Problemy kontynentu amerykańskiego z GMO nie zatrzymują się na granicy między USA i Meksykiem, ale ciągną się aż po krańce Argentyny. Kraje Ameryki Łacińskiej są bombardowane kampaniami koncernów biotechnologicznych, które często znajdują tam ekonomiczno-politycznie sprzyjający grunt dla swej działalności. Koncerny organizują szeroko zakrojone kampanie reklamowe pod hasłem „bezpieczeństwa żywnościowego”, nie szczędząc środków, a wszytko, żeby dodać swym technologiom „ludzką twarz”. Jedynie w Wenezueli i Boliwii taka aktywność nie spotyka się z poparciem ani polityków, ani obywateli, skutkiem czego zarówno Monsanto, jak i Syngenta dzisiaj nie mają tam możliwości uzyskania rządowych przywilejów.

Najbardziej sprzyjający grunt GMO znalazło w Argentynie, miedzy innymi dzięki wyjątkowej przychylności prezydent Cristiny Fernández de Kirchner, która lubi pokazywać się na konferencjach prasowych z ulotkami Monsanto. Nad La Platą biotechnologia jest w rozkwicie. Główna droga z San Salvador de Jujuy do Cordoby stanowi swego rodzaju wystawę ostatnich osiągnieć Monsanto. Niemal na całym odcinku (a podróż autobusem trwa 8 godzin),  po obu stronach drogi ciągną się szczelnie ogrodzone i dokładnie oznaczone numerem patentów pola genetycznie modyfikowanej i ochoczo zraszanej z samolotów pestycydami soi (obecnie podstawy argentyńskiego eksportu), rzadziej kukurydzy. Kiedy po jednej stronie drogi kombajn zbiera soję, po drugiej już ciągniki przygotowują glebę pod nowy zasiew. Nikt nie traci czasu w tym rolnym cyklu produkcyjnym, a gleba zdaje się „pracować” na pełnych obrotach. Na trasie widać także ogromne silosy do przechowywania ziaren, które doskonale komponują się z ciągnącym się po horyzont dywanem pól genetycznie zmodyfikowanych roślin. Obrazu tego agrarnego Klondike dopełnia masa przydrożnych szyldów, które reklamują najnowsze światowe rozwiązania technologiczne w dziedzinie maszyn rolniczych. Wnioskując po ilości reklam i dilerów tych maszyn, ten biznes zdaje się działać w tym rejonie bez zarzutów.

I tak aż do granicy z Mendozą, krainą rozsławionego w świecie argentyńskiego wina, gdzie wszystkie pojazdy zyskują prawo wjazdu po przejściu swego rodzaju kwarantanny. Staranne umycie kół wszystkich pojazdów jest nakazane przez regionalne przepisy Mendozy w celu zminimalizowania niebezpieczeństwa kontaminacji uprawianej tam winorośli. Właściciele ogromnych winnic w tamtym rejonie, którzy w dużej mierze posiadają także winnice we Francji, Włoszech i Stanach Zjednoczonych, nie mogą sobie pozwolić na straty finansowe, które mogłyby być spowodowane przesianiem  genetycznie zmodyfikowanej soi czy kukurydzy z sąsiedniej Cordoby.

Ekonomiczno-rolniczy dylemat

Temat GMO spowodował rozłam w agroekonomii. Teoria nakazywałaby wykorzystanie potencjału GMO do maksimum, bo przypuszczalnie niesie ono za sobą szereg zysków w zakresach finansowym i wydajnościowym , które mogłyby rozwiązać wiele palących światowych problemów żywnościowych. Zdrowy rozsadek natomiast nakazuje szeroki ogląd sytuacji, bo pochopne decyzje w takich kwestiach zdają się działać na niekorzyść ludzkości. Dzisiaj najistotniejsze w tym dyskursie wydaje się właściwe określenie potencjalnych długookresowych efektów, jakie niesie za sobą GMO. Szeroko zakrojona analiza ekonomicznych zysków i strat jest niezbędna. Bez takiego odpowiedzialnego i usystematyzowanego oglądu problemu nie będzie możliwa sensowna odpowiedź na postawione w tytule pytanie.

*Kate Pankowska, doktorantka agroekonomii na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej w Vancouver. Prowadziła badania na temat ekonomii rolnictwa i rozwoju m.in. w Argentynie, Kanadzie, Boliwii, Paragwaju i Etiopii.

tytul: Oblicza Energiewende: Szkoła oszczędnościtytul: Zrównoważony rozwój w praktyce na przykładzie działań w Gruzjitytul: Oblicza Energiewende: Turystyka energetycznatytul: GMO to technologia jak każda innatytul: GMO nie gryzietytul: GMO. Warzywa i politykatytul: Na politykę schizofreniczną może zabraknąć sił i środkówtytul: Zmierzch węgla kamiennego w Polsce i co dalej?
view_list  inne artykuły z tematu GMO:
mh

index_trendy.php: Wpływ upraw GMO na ekonomikę gospodarstw rolnych, środowisko i stosunki społeczne

Nowy model rolnictwa wykorzystujący genetycznie zmodyfikowane rośliny uprawne wzbudza wiele kontrowersji i obaw związanych z ich wpływem na środowisko a także na stosunki społeczno- ekonomiczne w sektorze rolniczym.

mh

index_trendy.php: Debata Akademicka „U Przyrodników"

Debata Akademicka „U Przyrodników" poświęcona problematyce GMO, 31 stycznia 2013 r., Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu.

mh

index_trendy.php: GMO. Warzywa i polityka

BARTNIK, PANKOWSKA, SONNINO, JAGIEŁŁO

mh

index_trendy.php: GMO nie gryzie

Z profesor Ewą Bartnik o organizmach modyfikowanych genetycznie, potencjalnych zagrożeniach z nimi związanych oraz debacie wokół GMO rozmawia Jakub Stańczyk.

mh

: Wykład Jeffreya M Smitha, video

Wykład Jefrey'a Smitha, znanego aktywisty, przeciwnika GMO

pokaż więcej touch_app
http://eko-unia.org.pl/granty
 
 
link terra
Materiały zgromadzone na serwisie dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.