min
trendy

Konno przez Gruzję

- w gąszczu różaneczników, śladami średniowiecznych cerkwi. Niewielu wie, że Gruzję można zwiedzać z perspektywy końskiej grzywy, przemierzając bezdroża w siodle.
opublkowano 20 lutego 2012r.

 

Niewielu wie, że Gruzję można zwiedzać z perspektywy końskiej grzywy, przemierzając bezdroża w siodle. Niespotykanie gościnni gospodarze, wspaniała przyroda, zabytki z listy UNESCO, jedyna w swoim rodzaju kuchnia – o tym wszystkim można przeczytać w przewodnikach, Internecie oraz w tych kilku książkach o Gruzji, które wydano w Polsce. Natomiast o rajdach konnych w Gruzji raczej nie przeczytamy. Ta forma turystyki aktywnej dopiero niedawno zaczęła zdobywać popularność na Kaukazie, ale już znajduje swoich gorących zwolenników (m.in. w osobie autorki). Konno najłatwiej dotrzeć do nieistniejących już wsi położonych wysoko w górach, najlepiej przedzierać się przez grząskie drogi oraz podmokłe łąki i najwygodniej dotrzeć w miejsca, o których wiedzą tylko nieliczni.

Jedną z tych nielicznych osób jest Wepchie. Wepchie przypomina modelowego „dobrego gospodarza”: niewysoki, krągły, rumiane policzki, szeroki uśmiech na twarzy. Jednocześnie jest bardzo obrotny i ma wiele pomysłów na własny biznes, które konsekwentnie realizuje. Jednym z ciekawszych jest inwestycja w turystykę jeździecką z racji posiadania kilku koni. Wepchie z czeskich funduszy rozwojowych zdobył pieniądze na zakup siodeł, w ramach mikrograntów Fundacji EkoRozwoju dotowanych przez „Polską Pomoc” wyremontował łazienkę dla turystów, aktywnie działa w lokalnym stowarzyszeniu agroturystyk „Korena” i jest przewodnikiem-amatorem po pobliskiej jaskini „Magara”. Jak się później okazało, jest także niezłym jeźdźcem i wyśmienitym towarzyszem konnych wycieczek po okolicznych górach.

W umówionym dniu około południa przybyłam do domu Wepchie w Tsutkhsvati. Jest to największa wieś w regionie Tkibuli, ale prowadzą tu tylko dwie drogi. Obie wymagają samochodu terenowego oraz sporych umiejętności off-roadowych kierowcy. Jest to główna przyczyna, dla której turyści docierają tu rzadko, mimo że w okolicy atrakcji nie brakuje. Kilkaset metrów od domu rodziny Wepchie zaczyna się szlak turystyczny, wiodący grzbietem gór do klasztoru w Gelati. Na okolicznych wzgórzach wiele jest opuszczonych wsi i ruin cerkwi, a w lasach ukryte są jaskinie, w tym ta największa i najpiękniejsza - Magara. Atrakcji wystarczyłoby na dwa tygodnie zwiedzania, ja miałam tylko cztery dni.

Była pierwsza połowa listopada. Ciepłe słońce podkreślało jesienne kolory liści i owoców, które jeszcze nie opadły. Jesień nie jest zwyczajową pora wypraw turystycznych po Gruzji – pogoda jest wówczas zbyt niepewna. Ja miałam po prostu szczęście. Wyruszyliśmy dość późno – tuż popołudniu. Wepchie musiał wcześniej złapać konie, które na co dzień pasą się wysoko w górach. Jako że nie był pewien moich umiejętności jeździeckich, dostałam prawie 20-letnią, siwą, źrebną klacz, która wciąż karmiła półrocznego źrebaka. Mój niewysoki, okrągły gospodarz dosiadł młodego ogierka, niedawno ujeżdżonego. Już na pierwszy rzut oka było widać, że konie doskonale znały teren: same wybierały najwygodniejsze ścieżki na śliskich, pokrytych wapieniem drogach, miały swoje ulubione wodopoje, wiedziały gdzie można znaleźć opadłe jabłka i gruszki. Od razu poczułam się pewnie na mojej Korii. Wyruszyliśmy w stronę wysoko położonych łąk na wzgórzu nieopodal. Po godzinie wspinaczki po stromym stoku Wepchie z dumą pokazał mi zapierającą dech w piersiach panoramę „swojej” okolicy. Na horyzoncie od razu odnalazłam Tkibuli, z którego wyruszyłam tego samego dnia rano. Kotlinę z miasteczkiem otaczają strome skały, z charakterystycznym szczytem Tshradjvari – „Dziewięć Krzyży” górującym nad masywem. Pomiędzy nami a Tkibuli rozlewają się wody jeziora, w którym latem można się kąpać i łowić ryby. U naszych stóp leżała wioska Tsutkhsvati w całej swojej okazałości, dalej widać było porośnięte lasem wapienne wzgórza, które kryją w sobie mnóstwo tajemnic. Pomiędzy drzewami gdzieniegdzie prześwitują ruiny, pełno tutaj ścieżek wiodących donikąd, bezdennych lejów krasowych i legend. Przez chwilę jechaliśmy starą drogą – Wepchie mówi, że to starożytny szlak kupiecki do Kutaisi. Wierzę mu, droga wygląda, jakby pełniła niegdyś ważną rolę, ale od wieków była nieużywana. Gdy dotarliśmy zarośniętym traktem nad brzeg jeziora, było już późne popołudnie, nasze sylwetki rzucały długie cienie na spokojną wodę. Teraz dopiero zaczęła się najtrudniejsza część wycieczki. Mój przewodnik chcąc skrócić sobie drogę do domu wybrał ścieżkę, którą pamiętał jeszcze z lat dzieciństwa. Jak można się domyślić, dzieciństwo Wepchie skończyło się bezpowrotnie wiele, wiele lat temu, a ścieżka nie była ot tamtej pory używana. Nie wiem jak konie poradziły sobie z przedzieraniem się przez gąszcz dzikich róż poplątanych z innymi kolczastymi krzewami, których nazwy nie znam. Wiem tylko, że ja byłam cała podrapana, mój sweter pozaciągany, a nogawki obłocone. Mimo, że nie zsiadałam w ogóle z konia! Było już dawno po zachodzie słońca, gdy dotarliśmy do ubitej drogi, i niemal zupełnie ciemno, gdy zsiedliśmy z koni pod domem Wepchie.

Na progu czekała już mama i żona gospodarza z dobrą nowiną – kolacja gotowa i „bania” zagrzana. Trzypokoleniowa rodzina Wepchie składa się z jego rodziców, żony oraz dwóch urwisów w wieku lat 9 i 11. Wszyscy mieszkają w dwóch niewielkich pomieszczeniach – wspólnej sypialni i pokoju dziennym z piecem, kanapą i telewizorem. Wspaniale było obserwować życie rodziny z kącika na zapiecku. Niby miałam własny pokój, ale temperatura w nim oscylowała w okolicach 10˚C (to była wyjątkowo zimna jesień), a gniazdko było za ciasne na ładowarkę do telefonu, zasilacz do laptopa, a nawet „pieczkę”, czyli elektryczny grzejnik. Stąd zapiecek. Życie toczyło się swoim rytmem, bez pośpiechu, patrzenia na zegarek i stresu. Rano chłopcy wychodzili do szkoły, babcia wypuszczała i karmiła kury, mama zaczynała się krzątać wokół śniadania. Wepchie ze swoim ojcem oporządzali krowy i rąbali drewno. Pani domu zagniatała ciasto, jednocześnie zerkając na pierwszą z cyklu telenowelę brazylijską z gruzińskim dubbingiem. Babcia wracała od kur, zabierała się za obieranie orzechów/łuskanie kukurydzy albo pestek dyni w czasie, gdy zaczynała się druga telenowela. 

Około godziny 11, tuż przed „Rosalindą” wracali mężczyźni, a pani domu zastawiała stół różnościami – potrawką z kurczaka w ziołach z wczorajszego obiadu, świeżym chaczapuri, chlebem domowej roboty, konfiturami, miodem kasztanowym, sałatką jarzynową, smażonymi bakłażanami i domowym serem. Panowie wypijali po kieliszku czaczy na dobry początek dnia. Gdy zmarnowana po świeżo przebytym zatruciu pokarmowym nie miałam apetytu i próbowałam to wytłumaczyć gospodarzom, babcia podsmażyła mi ziemniaki z boczkiem na głębokim tłuszczu i podała z komentarzem: „naści, to jest dietetyczne jedzenie, dobrze ci zrobi”. Na szczęście czacza pomaga w takich przypadkach... 

Spałam wyśmienicie. Kolejny poranek był chłodny, ale słoneczny. Śniadanio-obiad o 11, łapanie koni, siodłanie i znowu w góry. Tym razem Wepchie uparł się, że przejedziemy jedyny w regionie szlak turystyczny, wytyczony kilka lat wcześniej. Prowadzi on grzbietem gór do klasztoru w Gelati – kompleksu budowli z VII wieku, ufundowanego przez samego Dawida Budowniczego. Wyprawa z Tsutkhsvati do Gelati nie powinna zająć nam więcej niż 2 godziny w jedną stronę... teoretycznie. Początkowo jechaliśmy dobrze wydeptaną przez krowy ścieżką. W ten sposób dotarliśmy do odległej od wsi polany w górach. Pośrodku był staw, a obok niezwykły domek na drzewie. Wepchie wyjaśnił, że korzystają z niego wędkarze, myśliwi i pasterze... a także w wyjątkowych przypadkach pary, które pragną odrobiny prywatności.  Za domkiem ścieżka robiła się coraz węższa i bardziej zarośnięta.

Z dużym zdziwieniem zauważyłam, że gęste krzaki, przez które coraz częściej się przedzieramy to azalie i rododendrony imponujących rozmiarów. W pewnej chwili wjechaliśmy w las wysokich na 10 metrów bukszpanów. Nasz szlak wyglądał jak ścieżka w wyjątkowo starym ogrodzie botanicznym. Coraz częściej musieliśmy omijać potężne, zwalone drzewa i miejsca gdzie ścieżka porosła nieprzebytym gąszczem jeżyn. Po ponad dwóch godzinach takiej jazdy Wepchie musiał się ze mną zgodzić – dalej nie przejedziemy. Zawróciliśmy po własnych śladach. Mój przewodnik, niepocieszony, że nie dowiózł mnie do Gelati, zdecydował, że musi mi to jakoś wynagrodzić – pojechaliśmy w inną stronę. Najpierw były hale, takie jak poprzedniego dnia. Dawno nieużywane drogi wiodły nas coraz wyżej i wyżej. W pewnym momencie zaczęłam uważniej przyglądać się odkrytym wapieniom, po których stąpała moja klacz. Gdy zaaferowana zsiadłam z konia, Wepchie zupełnie nie wiedział, o co mi chodzi. Wtedy pokazałam mu odcisk wielkiego amonita, tuż obok był kolejny, kawałek dalej jeszcze kilka.

Teraz nastąpiła najtrudniejsza część mojej wyprawy – swoim koślawym rosyjskim musiałam wytłumaczyć swojemu przewodnikowi, mówiącemu po rosyjsku nie mniej koślawie, co na szczycie tej góry robią odciski prehistorycznych zwierzątek.  Gdy już ochłonęłam i ruszyliśmy dalej, nie minęła chwila i znaleźliśmy się na starym cmentarzu, pośrodku którego znajdowały się ruiny maleńkiej cerkiewki. Inskrypcje nad bramą wskazywały XVII wiek... ale dla Gruzinów to nie zabytek. Oni przecież mają pięknie zachowane budowle sprzed X-XI wieku – to są dla nich prawdziwe zabytki! Nieopodal cmentarza jeszcze około 50 lat temu znajdowała się wieś. Obecnie pozostały po niej tylko zarośnięte ruiny i drzewa owocowe. Po godzinnym marszu Wepchie pokazał mi kolejne miejsce – bardzo podobne do poprzedniego. Tym razem ruiny cerkwi na szczycie wzgórza były jeszcze starsze, nad wejściem wciąż czytelne były wersety psalmu po starogruzińsku. W ten sposób minął nam cały dzień.  Ściemniało się już, konie były zmęczone i niespokojne, musieliśmy wracać.

Nagle, nieopodal źródełka zwierzęta spłoszyły się. Chwilę później Wepchie znalazł zagryzione przez wilki cielę. Opowiadał, że to się zdarza, gdy zwierzę nie wróci na noc do domu: „wszystko, co zostaje w tych górach na noc – to już nie jest moje, tylko należy do Boga”. W domu znowu czekała już na nas obfita kolacja i czacza. Tym razem już bez gorącej kąpieli, która w domu Wepchie z oszczędności odbywa się co drugi dzień. Trzeciego dnia pogoda przypomniała sobie, że jest już listopad. Zrobiło się zimno, od czasu do czasu siąpił deszcz. Wepchie w ogóle się tym nie przejął i stwierdził, że to idealny dzień na zwiedzanie jaskini i tych cerkwi, które się zachowały do dziś. Wypuściliśmy konie w góry – będą się tam pasły póki nie spadnie śnieg i wilki nie staną się zbyt natarczywe z głodu. My wyruszyliśmy tam, gdzie nie dotarlibyśmy konno – w dół stromego wąwozu, do jaskini Magara. 

To, co Wepchie zdołał mi pokazać w ciągu mojego krótkiego pobytu w Tsutkhsvati zaostrzyło tylko mój apetyt na Gruzję, zwłaszcza tą oglądaną z grzbietu konia. Perspektywy przyszłych wypraw, które nakreślał mój gospodarz tak podziałały na moją wyobraźnię, że wkrótce znowu zawitam w Gruzji. Tym razem na dłużej, żeby nieśpiesznie przedzierać się przez gąszcz różaneczników i zgubić się pośród ruin dawnych cerkwi. Więcej informacji na temat możliwości noclegów oraz aktywnej turystyki w rejonie Tkibuli w Gruzji znajdziecie tutaj. Autorka tekstu oraz fotografii: Marzena Józefczyk - geograf z wykształcenia, koniarz i fotograf z powołania. Ukończyła także Stosunki Międzynarodowe, a obecnie jest doktorantką na Uniwersytecie Wrocławskim. Autorka albumu "Najpiękniejsze szlaki konne w Polsce". W 2011r. przebywała w Gruzji w ramach projektu Wsparcie przedsiębiorczości kobiet na terenach wiejskich w rejonie Tkibuli i Tschaltubo w Gruzji realizowanego przez Fundację EkoRozwoju ze środków programu Polska Pomoc.

 
link terra
Materiały zgromadzone na serwisie dostępne są na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe.